dwa

W wieku szesnastu lat znienawidziłem ludzi.

Pierwsze symptomy były widoczne już wcześniej, a moja matka - zajęta zarabianiem tych ochłapów, za które mogłaby utrzymać naszą trójkę - przeoczyła gdzieś fakt, że z jej pierworodnym jest coś nie w porządku. Oczywiście to nie jest tak, że pozostawiła mnie samemu sobie - pamiętam jeszcze jak przez mgłę gabinety psychologów dziecięcych, połamane kredki świecowe i jakieś młode kobiety, które prosiły mnie żebym coś narysował.

A ja rysowałem przemoc.


Od najmłodszych lat fascynowałem się krwią i śmiercią. W wieku dorastania nie byłoby to niepokojące - co drugi trzynastolatek koniecznie chce pomalować ściany swojego pokoju na czarno i słucha buntowniczej, wściekłej muzyki - ale pięciolatek rysujący na każdym napotkanym kawałku papieru rycerzy z zakrwawionymi mieczami i odcięte głowy powinien wzbudzać niepokój. Dziś na pewno by wzbudzał, ale dziś są zupełnie inne czasy - mamy specjalistyczne poradnie dla dzieci i całych rodzin, mamy przenoszenie dziecka do innego środowiska jeśli nie radzi sobie w obecnym... U schyłku lat osiemdziesiątych moja matka miała bardzo ograniczone pole manewru - mogła tylko zacisnąć zęby i starać się ze wszystkich sił nie pęknąć w obliczu nagromadzonych przeciwności losu. Gdybym urodził się dziesięć - piętnaście lat później być może wszystko potoczyłoby się inaczej.


Ale nie ma sensu gdybać. Idźmy dalej.